Impresja jesienna.

Jak ogry mają warstwy tak i takie przestrzenie mają warstwy. Warstwa obecna, warstwa nieobecna i taka, która chciałaby być obecna, ale z jakiegoś powodu nie może. Być może jest zbyt głupia, albo zbyt nieśmiała. Może za mało alkoholu we krwi. Jeśli znajdziesz się gdzieś pomiędzy tymi warstwami możesz usłyszeć dźwięki tłuczonego szkła, rozmowy, krzyk i śmiech. Możesz zobaczyć tłumy zdesperowanych samców, którzy ukrywając się za swoją postawą zdobywcy wędrują wzrokiem, nie do końca wiedząc dokąd. Czasami ich ręce wędrują tam, gdzie nie powinny. Ale kto zwraca na to uwagę w szale pijanego hałasu? W szale hałaśliwego chaosu? Ten elegant w golfie, który tak bardzo chciałby być “w”. Ale z jakiegoś powodu nie może. Dlaczego? Może pójdę i się zapytam, co się z nim dzieje.

Advertisements

Kraj Basków i przeprowadzka.

Za każdym razem kiedy wchodzę do mieszkania, pierwsze co rzuca mi się w oczy to kłódka na drzwiach od pokoju mojej gospodyni, którą założyła najprawdopodobniej w obawie, że coś podkradam pod jej nieobecność. Następnie wchodząc do kuchni przypominam sobie o obsesyjnym chowaniu wszystkiego do szafek, byleby tylko w suszarce nie leżały żadne naczynia. Ale, dzięki Bogu, jutro zmieniam mieszkanie (już zmieniłam, tylko wersja robocza się trochę zestarzała)! Może będę tęsknić za tym codziennym narzekaniem, kto wie.

Przeprowadzam się do samego Serca Barcelony, które jest najmodniejszą całodobową destynacją wszelkiego rodzaju podróżników. El Born. Dlatego też mieszkania są albo na tyle drogie, albo na tyle stare i “brzydkie” według zachodnioeuropejskich standardów, że ciężko tam o hiszpańskich sąsiadów. Pragnę zażyć jeszcze więcej Barcelońskiego życia.

20171123_154501Będzie się to sprowadzało prawdopodobnie do olbrzymiej ilości hałasu, napotykania dzień w dzień sprzedawców wszelakiej maści środków odurzających, ludzi wszelkich religii i wszelkich ras. Będzie się to sprowadzało do częstszego czyszczenia butów po nocnej przechadzce wąskimi ulicami, a raczej urynami. W centrum Barcelony można się poczuć jak w średniowieczu nie tylko za pomocą wzroku, ale też za pomocą innych zmysłów. Dlaczego ludzie wciąż załatwiają “swoje sprawy” na ulicach? Dlatego że wysoce cywilizowana Hiszpania nie przewidziała żadnych toalet publicznych (nie ma ich też na plażach wypoczynkowych!). Dlatego że wysoce cywilizowana Hiszpania zakłada, że wszyscy spędzają czas w barach i restauracjach. A ludzi śpiących na ulicach jest wiele, a jeszcze więcej tych, którzy właśnie są w trakcie oczyszczania swoich nerek za pomocą piwa.

W centrum Barcelony można stanąć twarzą w twarz z efektami kryzysu sprzed kilku lat. Wciąż pozostawione puste mieszkania należące do banków, z których tylko od czasu korzystają squatersi. Pełno ludzi śpiących na ulicach. Naprawdę pełno! Naprawdę. Może gdyby w Polsce nie było tak zimno i nie istniało tyle chrześcijańskich organizacji wspomagających bezdomnych widzielibyśmy u nas to samo. Jednak nie widzimy. Dlatego tutaj jest to tak uderzający widok. Można jednak przywyknąć. Wczoraj nawet wpuściłam jednego z bezdomnych do mojej klatki, żeby mógł przenocować się pod schodami. Może było mu choć odrobinę cieplej. Jedyne co miał ze sobą to jakiś wór, w którym widziałam siano. Naprawdę pełno.

Ludzie, którzy, z różnych powodów trafiają na ulicę, często wybierają duże miasta. Dlatego, że są tam, wśród wielkiej fali przewijających się codziennie mas, prawie niewidoczni. W małym mieście na pewno ciągle byliby zauważani, a prawdopodobnie tego nie chcą.

Taka jest szaro-czarna strefa Barcelony. Ale są tutaj miejsca gdzie można napotkać bogatych i zadbanych dżentelmenów oraz ich piękne kobiety. Najprawdopodobniej będą to turyści, albo chwilowo zamieszkujący Barcelonę przyjezdni z północnych krajów. Ostatnio rozmawiałam z jednym Kubańczykiem, który przeprowadził się tutaj z Londynu, bo nie mógł znieść ciągłej presji wyglądania “cool”. Faktycznie, “Barcelończycy” nie zwracają zbyt dużej uwagi na ubiór, co mi bardzo odpowiada. Między innymi dzięki temu czuję się tutaj bardziej wolna.

Dla kontrastu, w Kraju Basków napotyka się bogactwo, co raz więcej bogactwa i masę bogactwa. Dla kontrastu, nie spotyka się tam słońca, tylko deszcz, co raz więcej deszczu i masę deszczu. Może słońce nie sprzyja bogactwu?

Kilka dni temu siedziałam sobie na lotnisku w Bilbao drżąc z zimna i z obawy wyjścia na jeszcze większe zimno. Niby już czekam na Święta, ale na pewno nie czekam na szok termiczny. Zostawiłam słoneczną Barcelonę, by przyjechać do najprawdopodobniej najzimniejszej części Hiszpanii. Ale też najprawdopodobniej najpiękniejszej. Najprawdopodobniej najbardziej zielonej. A teraz to nawet i zielono-żółto-czerwonej. Może jednak stęskniłam się za barwami jesieni.

20171112_154704

Kraj Basków to wspólnota autonomiczna w północnej Hiszpanii, położona nad Zatoką Biskajską. “Konstytucja Hiszpanii nie przewiduje prawa wspólnot autonomicznych do secesji.” Jak ładnie ubrane w słowa. Najpierw wcielimy daną społeczność do naszego królestwa, po wieloletnich walkach damy im trochę swobody, ale nigdy nie spuścimy ze smyczy!

Z jednego regionu o separatystycznych dążeniach dotarłam do drugiego. Nie zdziwiła mnie więcej umieszczona na jednym z balkonów flaga katalońskich niepodległościowców:

20171110_191000

Baskowie. Starałam dowiedzieć się skąd pochodzą i na ile ma to znaczenie w obecnych czasach. Antropolodzy nie są zgodni co do ich pochodzenia, ale pewne jest, że Baskowie tworzą odrębny naród. Przez wiele lat, odgrodzeni górami, używali języka nienależącego do żadnej grupy językowej (euskera), który wciąż nie został zapomniany i używany jest w życiu codziennym. Aktualnie w Kraju Basków większość szkół naucza w euskerze, a wszystkie nazwy miejscowości są zapisane najpierw w języku baskijskim, a dopiero później po hiszpańsku (a mówiąc precyzyjniej – po kastylijsku). Podobnie jak w “mojej” Katalonii, tyle że kataloński to jakby zakrzywiony hiszpański z domieszką francuskiego, portugalskiego, włoskiego i niemieckiego. A (tutaj cytuję portal hispanico.pl) język baskijski powstał wcześniej niż jakikolwiek inny język europejski. “Według niektórych lingwistów i historyków mowa Basków wywodzi się bezpośrednio od mowy neandertalczyków! Warto przy tym wspomnieć, że na północy Hiszpanii znajdują się jedne z największych w całej Europie skupisk malowideł naskalnych oraz sporo śladów obecności ludzi na tym terenie z okresu paleolitu. Oficjalnie, ze względu na brak pokrewieństwa między euskera, a jakimkolwiek innym językiem indoeuropejskim, definiuje się ten pierwszy jako język odosobniony.”

20171110_192219

Jak ich język jest odosobniony tak i oni czują się odrębnym narodem. Historia tego poczucia “odrębności” jest bardzo długa, a do niedawna także bardzo “burzliwa”.

Nacjonalizm może obrać bardzo niebezpieczne formy. Każdy rodzaj ekstremizmu, czy to politycznego, czy religijnego jest niebezpieczny. Znów wchodzi do mojego wpisu motyw wojny, ale cóż jeśli taki właśnie jest świat. Nieustannie tworzą się różne grupy ekstremistów. Obecnie najdosadniej możemy zaobserwować to w działaniach ISIS (moje wyrazy współczucia dla Turków), pięć wieków temu w “świetęj sprawie” działali konkwistadorzy, za to Hiszpanię do niedawna (do 2011 roku) terroryzowała ETA (bask. Euskadi Ta Askatasuna – Baskonia i Wolność), która ponad 50 lat walczyła o niepodległość Baskonii (Kraju Basków i Navarry).

Być może właśnie dzięki tej organizacji, Baskowie nie mają najlepszej opinii wśród Kastylijczyków, którzy trochę “boją się” tego regionu. Nie będę tutaj charakteryzować Basków ze względu na typowe dla nich zachowania, czy różnice w mentalności, bo poznałam tylko jedną rodzinę. Odsyłam w tym przypadku do ciekawego wpisu: https://zpamietnikapodrozoholika.com/2017/10/11/jacy-sa-baskowie/. Atoli (<3) moja znajomość z baskijskim przyjacielem i jego rodziną tylko potwierdza to, co jest opisane na powyższym blogu.

20171111_121645.jpg

Skoro już zdobyłam przyjaźń Josu (historia naszej znajomości jest dość wyjątkowa), to znaczy że zdobyłam przyjaźń całej rodziny (na zdjęciu jesteśmy razem z jego siostrą i szwagrem). A przyjaźń i rodzina to dla Basków najważniejsze wartości. Zaświadcza o tym fakt, że wszyscy żyją dom w dom w jednym mieście,  oraz to, że każdy z nich ma swoją “Cuadrilla” (w Baskonii tak nazywana grupa przyjaciół jest bardzo blisko związana od wczesnej młodości i utrzymywana w okresie dorosłości – niezwykle ciekawe zjawisko z punktu widzenia socjologicznego). Rodzina Josu przyjęła mnie bardzo ciepło (dobrze, że ciepło, bo inaczej bym zamarzła w tym deszczu) i postarała się o to, żebym poznała ich Kraj z jak najlepszej strony. Z racji ograniczenia czasowego skupiliśmy się na Bilbao – ich największym mieście, a zarazem stolicy prowincji Bizkaia (kast. Vizcaya). Akademia Urbanistyczna z siedzibą w Wielkiej Brytanii określiła Bilbao Europejskim Miastem Roku 2018.

20171110_172303

W ostatnich latach z miasta industrialnego przerodziło się w przyciągające co raz więcej turystów centrum sztuki modernistycznej.

Muzeum Guggenheim. Naprawdę fascynuje. Intrygująca architektura samego budynku porywa za sobą całą przestrzeń zewnętrzną i rozprzestrzenia się jakby w nieskończoność.

20171111_121127

Porywa i przyciąga. Przeróżne stworzenia.

20171110_174958

Wydaje się jakby owo wyrastało z oślizgłego podłoża i wędrowało sobie po nadbrzeżu jak gdyby nigdy nic. Quo vadis?

20171111_120811

On tam jest. Tylko zaczął trochę parować.

20171111_121244

Najlepiej schować się za tulipanami, żeby nas nie dosięgnął.

Albo wejdziemy do środka!

20171111_134726

Dios f*****g mios, co tu się dzieje? Gdzie jestem?

20171111_130643

Te olbrzymie tunelobirynty (alert: neologizm!) Richarda Serry (“The matter of time”, 1994-2005) są najbardziej kompletnym odzwierciedleniem  fizyczności przestrzeni i natury rzeźby. Wolne od tradycyjności i zanurzone w rzeczywistej przestrzeni obserwatora,  ustanawiają nową relację z widzem, którego doświadczenie z przedmiotem staje się istotną częścią ich znaczenia. Materiał czasu pozwala nam dostrzec ewolucję rzeźbiarskich form Serry, od względnie prostej podwójnej elipsy do złożoności spirali. Gdy odwiedzający przechodzi przez nie i otacza je, przekształcają się w nieoczekiwany sposób, tworząc zawrotne i niezapomniane wrażenie ruchu w przestrzeni.

Każdy element ekspozycji w muzeum otwierał mi kolejne klapki, jedno otwarcie pamiętam zaś doskonale.

20171111_125818

 

David hockney “82 portrety i 1 martwa natura”.

Naprawdę spodobał mi się ten koncept. W pierwszej chwili myślałam sobie: co jest w tym wyjątkowego? Proste portrety, prostych ludzi ciągle na tym samym, niebieskim tle, nuda. Właściwie, co dla mnie było przełomowe w odkrywaniu znaczenia tej ekspozycji, to moment, w którym zdałam sobie sprawę, że patrząc na ludzi, którzy wydają się z pierwszego wrażenia brzydcy, automatycznie oceniam ich jako głupszych. Dopiero po pewnym czasie kiedy na nich patrzę dostrzegam ich głębię. Złapałam się na kolejnej pułapce mojej podświadomości (dzięki moja świadomości!). Po dłuższej chwili przebywania wśród 82 naściennych twarzy uświadomiłam sobie, że dla Davida oni nie byli zwyczajnymi ludźmi, byli jego osobistymi celebrytami. Malując poszczególne osoby, u każdego złapał coś osobliwego. Każda para oczu jest inna. Każdy spojrzenie jest inne. Wydaje się, że oni wszyscy o czymś myślą. Oni są różni.

Tak jak różni są Baskowie. Choć wpływ hiszpański jest oczywiście ogromny, w ich Kraju można spotkać odmienne zwyczaje, muzykę, kulturę, wspomniany wyżej język i kuchnię.

Kuchnia baskijska należy prawdopodobnie do jednych z najlepszych na świecie. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji spróbować “txangurro” czyli potrawy z jeżokraba (może to i lepiej, jeżokrab wydaje się być uroczym stworzonkiem, sama nazwa na to wskazuje). Za to moi baskijscy przyjaciele uraczyli mnie innymi specjałami regionu. To co go wyróżnia, to sposób przyrządzania ryb poławianych przez małe kutry rybackie w wodach Morza Kantabryjskiego. Przepyszne Bacalao (dorsz) czy Merluza (morszczuk) “maczane” są w oryginalnych sosach tworząc ciekawe połączenia, m.in. “a la viscaína” (po biskajsku) czy “al pil-pil” (smażone na oliwie z oliwek ryby podczas obracania wydają ponoć dźwięk pil-pil). A co popijają Baskowie? Bardzo lekkie, rześkie, wytrawne i delikatnie musujące wino “txacoli”, wytrawny cydr (sidra), a gdy już skończą się pieniądze, bądź rola kubków smakowych trochę zmaleje, na stole pojawia się “calimocho” (bask. kalimotxo), czyli wino zmieszane z wyrobem coca-colo-podobnym (podobno coca-cola zabroniła używania ich oryginalnego produktu do ulepszania smaku taniego wina). To trochę tak jakby zmieszać naszego “jabola” z “Hoop colą”. Dziękuję, pozostanę przy wodzie niegazowanej. No albo txacoli.

20171111_145547

Mimo pogody pod psem, kontynuowaliśmy przechadzkę po Bilbao do późnej nocy (z przerwami na txacoli i pinchos (tapas), a później niestety przełamałam się i częstowałam się calimocho).

20171110_191333

Drogę między dzielnicą Las Arenas, a miastem Portugalete przebyliśmy pierwszym na świecie mostem-gondolą (1893 r.), ponad ujściem rzeki Nervión, zaprojektowanym przez znanego architekta Alberto Palacio, zwanym “mostem biskajskim”. Konstrukcja jest stabilna. Sprawdzone.

20171111_220018

Ubogiemu zawsze wiatr w oczy, a droga pod górkę. Jednak na droga pod wiatr wyjątkowo przyniosła bogactwo radości.

20171112_132845(0)

San Juan de Gaztelugatxe. Według mojego baskijskiego przyjaciela najpiękniejsze miejsce na Ziemi. To prawda, klasztor zbudowany w IX wieku na górzystej wyspie, do której prowadzi jedyny w swoim rodzaju kamienny most, robi wielkie wrażenie. Dodatkowo wzmacnia je najsilniejszy spotkany przez mnie do tej pory nadmorski wiatr. Magiczne miejsce. Nic dziwnego, że nagrywając “Grę o tron” umieszczono na wyspie plan zdjęciowy twierdzy “Smocza skała”. Gdyby ktoś mi powiedział, że można tam spotkać smoki, pewnie bym uwierzyła. Jest magicznie.

Jednak co jest najwspanialsze w tej Krainie, to przepiękne widoki, które rekompensują nieustanną deszczowo-wietrzność. Niezwykle bogata roślinność, mieszane lasy, góry i morze. Podróżując samochodem można naprawdę poczuć się jak młody Bóg. Przecież na mnie deszcz nie pada, jest cieplutko. A do tego każda sekunda przynosi coś pięknego, moja głowa nie przestaje się obracać. Tyle kolorów i piękna. Bardzo chciałam uchwycić to w jakikolwiek sposób na zdjęciu.

20171112_151232.jpg

Nie do końca mi się to udało. Postanowiłam więc znaleźć profesjonalne fotografie, które choć trochę zobrazowałyby ten olśniewający krajobraz.

354061 wall.alphacoders.com

Źródło: wall.alphacoders.com

consejos-fotografiar-otono-2 httpwww.objetivovalencia.es

Źródło: www.objetivovalencia.es

I tak nie odmalowują one w pełni tej wielobarwnej doskonałości.

Polecam pojechać i samemu tego doświadczyć.

 

PS Wesoły akcencik na koniec.

20171112_192941

Pamiętacie mój marchewko-długopis? Myślę, że ten Pan powalił go na atrament.

 

Ale i tak nie przestanę jeść marchewek.

Wojna o muzykę. Część kolejna.

Czosnek. Czosnek. Dużo czosnku.

Jak tu się nie da w aptece wytłumaczyć, że chce się czegoś naturalnego do płukania gardła i farmaceuci (nawet nie wiem czy to są farmaceuci, dlaczego oni nie noszą tych krystalicznie białych farmaceutycznych fartuchów?) robią wielkie oczy kiedy słyszą “salvia” (hiszp. szałwia), to trzeba jeść dużo czosnku. Bo nawet tutaj dosięga mnie zmienno-klimatowe zapalenie gardła. Normalka. Ciężko mi było uwierzyć, że naprawdę będzie tu chłodniej. Jeszcze tydzień temu w niedzielę spędziliśmy cały dzień na plaży piknikując. I było o tak:

 

20171029_174358IMG-20171029-WA0009IMG-20171029-WA0020IMG-20171029-WA0023

Tak sobie myślałam właśnie, że nie będzie jesienno-deszczowego pierwszego listopada pełnego zniczy i kwiatów. I nie było. Nie było nawet cmentarnego spaceru wieczorową porą, bo tutaj wszystkie cmentarze są zamykane o 18-tej. Chyba będę musiała uzupełnić ten brak będąc w Polsce, już moi rodziciele o to zadbają!

Nie złapałam pierwszo-listopadowej atmosfery, za to złapałam infekcję i przesiedziałam kilka dni w łóżku. Nie pomogło. Ale przynajmniej dużo się naoglądałam, naczytałam, namyśliłam i nawkurzałam na mój aktualny stan.

Dzięki dostępowi do Internetu też trochę popodróżowałam. Południowa Ameryka. Miejscowa ludność w Andach Peruwiańskich w okolicy Machu Picchu  traktowana jak osły.  Dosłownie. To oni noszą bagaże, żywność i schronienie bogatych “gringos”. Tak samo jak Szerpowie, ludność tybetańska, która stanowi nieodzowną część wypraw himalaistów. A to Ci “najodważniejsi” zdobywają szczyty, chwałę i poklask. Gdyby z poznawania świata nie zrobiła się taka konsumpcyjna obrzydliwa turystyka typu “zobacz, zazdjęciuj, zalicz” to może wciąż można by było doświadczać rdzenności? Tylko właściwie jakiej rdzenności, jeśli Europejczykom udało się już ją wcześniej doszczętnie zniszczyć. Trochę mi wstyd za nas. A nawet bardzo.

Ale to żądza zdobywania kieruje ludźmi. Mówiłam o zmianie na lepsze. Czasem tę zmianę widzimy tylko poprzez zakrzywione “ulepszanie”, czyli poszerzanie swojego terytorium, zdobywanie coraz to większej ilości dóbr, budowaniu coraz bardziej imponujących budowli. A kiedy już zdobędziemy wszystko, czujemy marazm. Jak w Starożytnym Rzymie, który wstąpił na ówczesny szczyt cywilizacyjny. Co ma robić człowiek-drapieżnik kiedy już nie ma co zdobywać, bo wszystko dookoła już zdobył? Albo kiedy na odwrót, jak autochtoniczna ludność Ameryki, zda sobie sprawę że wokoło pozostali już tylko silniejsi? Pozostaje marazm. Powolne dogorywanie. Dlatego wojny będą zawsze.

I może między innymi dlatego Katalonia nie daje za wygraną.

Nielegalne referendum się odbyło, mobilizacja Katalończyków była niesamowita. Mimo że logistycznie było to trudne przedsięwzięcie, to według ich danych (legalnych, nielegalnych, fałszywych, prawdziwych) wzięło w nim udział prawie 50% uprawnionych. Co przy wszystkich utrudnieniach, jak i totalnej bierności opozycjonistów daje dość imponujący wynik. Znów, nie będę się wdawać w opinię polityczną. Dlaczego jednak tak trudno się dogadać? Dlaczego potrzeba jest fizycznego i okrutnego tłumienia głosu woli tak wielu ludzi (zachowaniu Hiszpańskiej Straży Obywatelskiej, o którym podawały niektóre media jak i przekazy znajomych, bezapelacyjnie mówię NIE i mam głośną nadzieję, że głośne NIE wypowiadają wszyscy, nie tylko Katalończycy)? Zarówno nieporadność rządu Rajoya jak bezkompromisowość Puigdemonta nie dała pożądanych rezultatów.

Referendum przyniosło totalne zamieszanie, masę strajków, strat moralnych i dezorganizacji. W Barcelonie mieszka sporo imigrantów, którzy przez wiele dni musieli żyć w niepewności co będzie, jeśli faktycznie Katalonii uda się ogłosić niepodległość. Było to oczywiście bardzo mało prawdopodobne, ale napięcie pozostało. Dlaczego i kto nadmuchał tę całą bańkę pozorów? Jakoby kiedykolwiek taki sposób zdobycia niepodległości byłby możliwy? Bez przygotowań, bez rozmów dyplomatycznych z Unią Europejską, bez konsultacji gospodarczych? I bez użycia siły? Tak. To dwie totalne skrajności. Ale drugą, oprócz tej obarczonej przemocą, jest siła dialogu. Dlaczego Szkocji udało się ten dialog przeprowadzić, a Katalończykom nie? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

Przy tym wszystkim jak się czuję Ja? Trochę jakby niechciana. Trochę jak cień czegoś co mogło przynieść wiele korzyści. Tylko dlaczego Katalończycy nie chcieli tego przekuć na pozytyw? Dlaczego, że ludzie z natury są zachłanni (sic!). Dlatego, że tak działa rynek. Im więcej jesteśmy w stanie wyciągnąć od innych, tyle wyciągamy. A przy tym zostają Ci, których nie stać na to, żeby płacić za wszystko turystyczną walutą. Dlatego też mój cień natrafia na frustrację i krzywdę.

20170919_210318

Zupełnie się nie dziwię. Jeśli średnia zarobków to ok. 900 euro, za pokój trzeba zapłacić średnio 400, kartę miejską 50, a zwykły “barowy” lunch 10 euro. Nie żeby w Polsce te proporcje były o wiele korzystniejsze. Jednak u nas ma się coraz lepiej, a tutaj tendencja nie jest kolorowa. Ludzie gdzieś szukają źródeł tych tendencji. A że według Katalońskich danych jest to region dostarczający największej ilości wpływów do hiszpańskiego rządu, nie dziwne, że bańka niepodległościowa tak silnie się tutaj zakorzeniła.

A ja, jej małe lub większe kropelki spotykam wszędzie. Wracając spokojnie do domu z interesującego spotkania, czy czekając w napięciu na kolejne przemówienie Puigdemonta, jednocześnie porównując i analizując przekazy lokalnych i “zachodnich” mediów.

Próbując po raz kolejny zaakceptować ze spokojem odwołanie zajęć ze względu na protest studentów.

20170928_101203

To wszystko przeraźliwie poważne. Takim zabawnym motywem jest jednak fakt, że obydwie strony konfliktu powołują się na siłę demokracji. Katalończycy bardzo lubią to hasło, jak widać:

 

Przynajmniej robi się coraz bardziej kreatywnie. A więc wojna wyzwala jednak również pozytywne pokłady zasobów człowieczeństwa! Warto było dotrzeć do tego punktu, nieprawdaż?

CDN…

 

 

Wojna o muzykę. Część pierwsza.

Może dlatego, że przechodząc przez “salon”, w którym jedyne wykonywane czynności to jedzenie i bezsensowne gapienie się w telewizor moich domowników, spojrzałam na tytuł kolejnego prawdopodobnie bezsensownego serialu: “Tiempos de guerra” (“Czasy wojny”). A może dlatego, że powinnam właśnie pracować nad transkrypcją jakiegoś dziwacznego funkowego solo na jutrzejsze zajęcia o ambitnej nazwie, w wolnym tłumaczeniu, “uczyń swoje poczucie rytmu perfekcyjnym”. A może dlatego, że dziś znów musiałam walczyć z czasem, by zarezerwować salę na kolejny dzień moich pianistycznych zmagań. To wszystko, być może nieskładalnie, składa się na kolejne przemyślenia na temat, który obiecałam poruszyć (Właściwie komu obiecałam, skoro nikt mnie o to nie prosił? Prawdopodobnie sobie samej).

Dziś więc będzie trochę o muzyce, trochę o wojnie. Jestem przekonana, że każdy kto ma trochę więcej oleju w głowie garnie się do wszechstronnego poznania (nie do Poznania, choć nie wątpię że i tam znaleźć można ludzi ciekawych świata). Dlatego nie muszę stronić od połączenia tych tematów w obawie utraty czytelników (mogę ich za to stracić w odwecie za przydługawy wstęp…).

Co cechuje ludzkość? Tendencja do ulepszania świata w którym się obcuje. Więc dopóki ludzie są ludźmi, wojna będzie trwała wiecznie. Tam, gdzie spotykają się różne wizje “dobrej zmiany” (no, nie powiem, podoba mi się ta analogia), pojawia się konflikt. Taki konflikt możemy zaobserwować aktualnie w Ojczyźnie, ale i na Obczyźnie. A skoro znajduję się obecnie na Obczyźnie, to może trochę o niej.

Nie będę wdawać się w ocenę polityczną, bo nie mam wystarczająco dużej wiedzy na ten temat. Chciałabym tylko pokazać perspektywę wesołego Erasmusa, który przyjechał (wesołej Erasmuski, która przyjechała – dla poprawności genderowskiej) do Miasta akurat w sam środek kryzysu (co ciekawe, część poprzedniego roku spędziłam w Londynie, kiedy akurat temat Brexitu schodził jak świeże bułeczki, mam nadzieję że nie przenoszę w kieszeni jakiejś “rozdzielczej” energii).

20170920_160305

Z tym niewyszukanym plakatem propagandowym zetknęłam się pierwszy raz przekraczając próg mojej nowej Szkoły (tu już, pierwsza przeplatanka muzyczno-wojenna). Jako jedna z niewielu Erasmusów wiedziałam już wcześniej, że rząd kataloński planuje przeprowadzenie nielegalnego referendum. Oczywiście nielegalnego w ocenie rządu, który Katalończycy nazywają “hiszpańskim” (dla odróżnienia i podkreślenia, że pojęcia “kataloński” i “hiszpański” w żadnym wypadku nie są tożsame)  – ja wolę i będę używać, na potrzeby tego wpisu, bardziej neutralnego sformułowania  -“centralny”. Już od początku mojego pobytu obserwowałam rosnące zainteresowanie sprawą – coraz więcej plakatów, coraz więcej ludzi na ulicach, coraz więcej flag i głosów poparcia dla zwolenników niepodległości. Hiszpanie mają farta, że w wyrazie “tak” (hiszp. símają o jedną literkę mniej do wypowiadania i wypisywania. Prawdopodobnie dzięki temu właśnie ten wyraz stał się symbolicznym skrótem “independentistów”.

t_m_25

Krótko i na temat.

Moje odczucia zmieniały się jak w kalejdoskopie (to nie ma absolutnie ŻADNEGO związku z płcią). Początkowo zafascynowało mnie to, jak mi się wydawało, poczucie jedności Katalończyków dla sprawy. To, że potrafią znaleźć masę sposobności do zamanifestowania swojej woli.

Zdecydowanie NAJPIĘKNIEJSZYM i zarazem najciekawszym przejawem wspólnoty był codzienny, nazwałabym go, “spektakl garnkowy”. Każdego wieczoru, punktualnie o 22 (w tej sprawie jak widać, Hiszpanie potrafią być punktualni), miasto rozbrzmiewało w metalicznej polirytmii. Każdy zwolennik niepodległości wychodził na balkon z najprawdopodobniej najdorodniejszymi ze swojej zastawy kuchennej przyborami i ordynarnie uderzał jednymi o drugie. Przy czym przy całej tej ordynarności w uderzaniu widelcem o garnek było coś magicznego. Zainteresowanym brzmieniem tego precedensu mogę przesłać nagranie, które zarejestrowałam moim wysoce zaawansowanym narzędziem pracy (kolejna przeplatanka muzyczno-wojenna).

Jednocześnie, zaczęło pojawiać się coraz więcej policji narodowej na ulicach.

20170921_201315

A tuż przed wyborami okazało się, że może nie być tak pięknie, jak wyobrażali sobie to marzyciele niepodległościowi. Do Barcelony zawitały (wg źródeł katalońskich) 2 statki pełne wojska wysłanego przez Madryt. Miało ono zapobiec odbyciu się referendum i w razie potrzeby skonfiskować urny wyborcze.

DCN…

Oko, a morze i serce.

Środek.

To Oko. A może i serce.

Zagubił się na chwilę, ale dziś znów wrócił – środek czasem ciężko wypośrodkować. Bo jak tu powiedzieć sobie “nic nie musisz”, kiedy chce się tak wiele. Jak tu nie ryzykować wycieńczenia, byle tylko nie tracić szalonej motywacji. A motywacji zyskałam ponad dwie tony! Motywacji do szybkiego wchłaniania nowego języka, nowej wiedzy muzycznej, do tworzenia i doskonalenia. Czasem jednak trzeba się zatrzymać. Po to tylko, żeby pooddychać zamiejscowym powietrzem i usłyszeć ciszę wiatru i morza. Po to by morze i serce stały się jednym, a oko dostało to, czego udało im się wspólnie dokonać.

 

Castelldefels. Niestety to nie ja jestem na powyższym pionowym zdjęciu, pomimo że dziś wiatr potargał również moje “kwiaty we włosach”. Taki środek trzeba znajdować. Bo zbyt długie nic-jogowo-nie-robienie prowadzi do bierności. Choć bierności w aktywności, bo zakłada bycie. Aktywne bycie w teraźniejszości. Ale jak aktywnie być w teraźniejszości, kiedy nie przemyśli się przeszłości, a przyszłości odrobinę nie zaplanuje?

Dzisiaj zaczęłam od tyłu. W końcu cisza. Po kolejnych szalonych tygodniach w Barcelonie. Żeby tradycji stało się zadość opiszę, co następuje. Trochę moich niecodziennych codzienności.

Pierwsza niecodzienna codzienność: przełamałam pierwszą z barier i zaczęłam w końcu mówić po hiszpańsku (może dlatego, że postanowiłam nauczyć się czasów przeszłych, których brak wśród kompetencji językowych, uniemożliwiał ponad dwu-zdaniowe konwersacje)! Praktykuję kiedy tylko mogę – z gospodynią, znajomymi, randomowymi przechodniami. Byłam już nawet na jednej hiszpańsko-języcznej randce i muszę przyznać, że poradziłam sobie bez sięgania po tajniki damskiego seksapilu! Wydaje mi się, że na przełom miała wpływ również Ola Ny, która przez tydzień, oprócz towarzyszki barcelońskich przygód, pełniła funkcję mojej korepetytorki.

A przygody z Olą to moja druga niecodzienna codzienność. To zyskana uważność na głębsze poznawanie miasta. I znów, dużo chodzenia. Ale kiedy przez miasto prowadzi Cię Mojżesz, zapominasz o Bożym świecie (jak to, Mojżesz Bezbożnik?).

20171014_135406

Moises przeprowadził nas “free tour’owo” poprzez najciekawsze miejsca i historie Barri Gòtic – średniowiecznej dzielnicy, centrum barcelońskiego Starego Miasta. Kiedy będziecie w Barcelonie, koniecznie poszukajcie tego przewodnika (i przy okazji, pozdrówcie ode mnie!).

20171014_141003 Gdyby nie On, pewnie nigdy nie popatrzyłybyśmy na Miasto z takiej perspektywy.

Barri Gòtic, mimo że może wydawać się przereklamowana, jest wspaniała!

Uwielbiam każdy jej zakątek.

Gdyby jakimś cudownym sposobem udałoby się uciszyć całodobowe tłumy, to chciałabym tam zamieszkać! Jednak spędziłam tam kilka nocy i muszę przyznać, że cisza to zdecydowanie tamtejszy produkt deficytowy.

 

 

 

 

Jeśli mowa o perspektywie, to ta sprzed Palau Nacional (Pałacu Narodowego), w którym obecnie znajduje się Museu Nacional d’Art de Catalunya (Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej) – położone na wzgórzu Montjuïc, wydaje się całkiem przystępna:

20171014_161203

Informacja z pierwszej ręki: do muzeum można wejść ZA DARMO w KAŻDĄ sobotę w godzinach 15-18! Na pewno jeszcze tam wrócę (może kiedy przestanie być tak słonecznie i ku mojemu rozczarowaniu pojawi się jesień), bo kolekcja jest inspirująca! Modernizmowi Barcelońskiemu mówię tak!

Pracom Xaviera Noguésa, które nie wiedzieć czemu przypominają mi mój dziecięcy pokój mówię tak!

20171014_165248

Uroczemu tatulkowi z prze-uroczą córeczką, która wypytywała o każdy obraz mówię tak!

20171014_172243

Szczególnie duże TAK wędruje dla Modesta Cuixarta i jego obrazu “Cyrk” (“Circo”)!

20171014_173431

Najprawdopodobniej w weekend zorganizuję wycieczkę śladami Salvadora Dalego – o tym więc w następnym odcinku! Już jestem podekscytowana, szczególnie że dom, w którym mieszkał, znajduje się w górach!

A wspominałam już, że uwielbiam górzystość barcelońską? Trzeba jednak przyznać, że ta poza-barcelońska też jest niczego sobie:

20171015_171935

O, a tutaj nawet piękniejszy widok: dwie blondynki na powyższym tle (albo inaczej – dwie blondynki, zasłaniające piękny widok, wedle woli):

IMG-2314

Tak naprawdę, chciałam udowodnić, że rzeczywiście tam się powspinałyśmy. Ale każda wspinaczka tylko wtedy przynosi frajdę, kiedy dąży się do jakiegoś wysoko-postawionego celu. W naszym przypadku tym celem był (pozwólcie że ukradnę trochę tekstu z wikipedii) męski klasztor benedyktyński, położony w masywie górskim Montserrat (usytuowany na zlepieńcowych formacjach skalnych, w trzech czwartych drogi na szczyt malowniczej góry (najwyżej położonego miejsca na równinie katalońskiej), ok 1000 m n.p.m.) znany z kultu figury Matki Boskiej, tzw. “Czarnulki” (La Moreneta). Pytania retoryczne: dlaczego ludzie pokonują całą tę górską trasę, żeby stanąć w ogromnej kolejce i pocałować “Czarnulkę”? Dlaczego dotykają “specjalnego” miejsca na jednej ze skał z nadzieją w sercach i oczach? Dlaczego składają w “specjalnym”, przeznaczonym  do tego miejscu swoje “ofiary” i płacą za zapalenie “specjalnej” kolorowej świeczuszki?

To drugi co do ważności, zaraz po Santiago de Compostela ośrodek pielgrzymkowy w Hiszpanii i ośrodek nacjonalizmu katalońskiego. Pamiętam, że ówcześnie przesycona miejscami katolickiego kultu, podczas młodzieżowo-duszpasterskiej wyprawy do Hiszpanii zrezygnowałam z fakultatywnej wycieczki do Montserrat. Lourdes, wspomniane wcześniej Santiago, katedra w Salamance… wolałam byczyć się na plaży wraz z innymi ignorantami, czego później nie mogłam odżałować. Dziś już jest odżałowane. Przybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam.

20171015_180658

A skoro już mowa o katedrze w Salamance (sic!)…

20171008_172844

Znów miałam okazję odwiedzić to pełne studenckiego życia miasto ze złotego piasku. Tym razem w podróż w “rodzinne” strony (rodzinnego zdjęcia nie dodam, bo chociaż zarówno moja siostra jak i jej córeczka Gabriela są wyśmienitymi obiektami do fotografowania, nie uzyskałam zgody na publikację ich wizerunku) wybrałam się z Janem, któremu w szczególności przypadły do gustu tanie jak barszcz “pinchos” (tak w centrum Hiszpanii mówi się na popularne “tapas”) i studenckie ceny drinków. Kupon za 5 euro na 10 szklanek piwa? To chyba żart… Nie to co w Barcelonie… (Wczoraj ze znajomymi znajomego spotkałam się w barze, w którym drinki kosztowały po 10 euro. I to nie jest wcale gruba-barcelońska przesada!)

Pora na dwa zdjęcia “z czapy”. A może i z jednej z najzabawniejszych perspektyw.

No tak. Więc jak widać na powyższych obrazkach było miło i zabawnie. Moja sobrina preciosa Gabriela bardzo polubiła Jana (nie dziwię się, to przemiły człowiek o spokojnym usposobieniu!), Jan polubił całą rodzinkę, a ja dostałam od niej (rodzinki, nie Gabrieli) porządne manto za to, że zadaję się z Latynosem (Nie Janem, Jan jest Finem, o spokojnym usposobieniu). Każda relacja ma właściwe sobie etapy. No ale, bądź co bądź nie mogę odmówić jej (rodzince) gościnności, uwielbiam ich odwiedzać! Poznaliśmy również wujka Moreta Moreta, który w pół godziny “obwiózł” nas po Valladolid, zjedliśmy pyszną paellę i oprócz wspomnień przywieźliśmy do Barcelony wirusa grypy żołądkowej. To chyba był jakiś specjalny wirus, bo widoki z samolotu były wyjątkowo piękne!

20171005_15532220171005_155713

Patrzyłam na to morze z nadzieją, że zastanę na miejscu jeszcze jakieś hiszpańskie serca i że wracam do tego samego kraju, z którego wyruszyłam. Ale o tym, jak i innych niecodziennych codziennościach napiszę następnym razem. Oby w najbliższym czasie.

Nie ma co za dużo.

Pisząc pierwszego posta spodziewałam się że żadna porządna blogerka ze mnie nie będzie. A to z prostego powodu. Tyle jest naokoło. Do poczucia, zrozumienia i obejrzenia, że nie ma co za dużo od siebie wymagać w kwestiach sprawozdawczych. Milion momentów, ujęć, miejsc, ludzi, uśmiechów, zdumień, małych rozczarowań i uprzejmości.

Potraktuję jednak bieżący wpis jako swojakiego rodzaju protokół zdawczo-odbiorczy, mając na uwadze kilka osób, które będą zainteresowane w rozeznaniu się w powyższym. Jeśli znajdzie się jeszcze kilka innych, o których istnieniu mogę nie mieć pojęcia, będzie mi bardzo przyjemnie. Nie ma co za dużo wstępować, pora na rozdział główny.

Zawsze chciałam mieszkać w kamienicy. Im wyższy sufit tym wyborniej. Nie pomyślałam jednak: “im wyższy sufit tym więcej schodów do przebycia”. A przecież windy brak. Teraz już to wiem. Szczególnie, że doświadczanie wiąże się z przemieszczaniem. Metro drogie, roweru póki co nie mam, pozostaje chodzenie. Nienawidzę chodzić. Zwłaszcza, kiedy dzienna średnia wynosi 20 km. Ale podobno chodzenie jest zdrowe dla kręgosłupa. Gorzej ze stopami. Ale nie ma co za dużo narzekać na chodzenie. Ponarzekam trochę na infrastrukturę gospodarstwa domowego. Przeraża mnie wieszanie skarpetek i innych drogocenności na sznurku, w perspektywie, że mogę ich już nigdy nie odzyskać.

A to moje ulubione skarpetki, narażone na wymarcie:

20170919_190359

Codzienna kawa w barze doprowadzić mogłaby mnie do ruiny finansowej (po podliczeniu to około 40 euro miesięcznie). Dlatego moja gospodyni postanowiła zakupić “nowy” ekspres do parzenia owej. Cóż, gdy po ponadgodzinnych wysiłkach nie udało się go uruchomić. Całe szczęście, że wypadające drzwi od lodówki już nie są wypadające i że już przyzwyczaiłam się do korzystania z mikro-mikro-brodzika z limitem ciepłej wody. Ale dostałam mikro-mikro-szafę do pokoju! Już się właściwie przyzwyczaiłam do tej domowej pół-ciemności. Właściwie nie bardzo musiałam, bo kiedy wracam do domu, jest już całkiem ciemno.

Ale ciemność lubię. Miasto wygląda inaczej, ludzie wyglądają inaczej.

A “moi” ludzie jak na razie tutaj to muzykalni Erasmusi.

20170924_161917

Dużo nas nie ma, ale jest miło. Razem jemy w ekstrawaganckich (tak, takie jest tłumaczenie na polski angielskiego słowa “fancy”) wegetariańskich knajpach, pijemy tanie lub droższe wino, chodzimy na plażę i odkrywamy co się da. Udało nam się nawet zajść w ramach otwartego dnia barcelońskich muzeów zajść wystawę Antoniego Tàpies’a. A jemu udało się zrobić trochę lepsze zdjęcie nieprzypadkowym przyjacielom.

20170924_173812

To właściwie jedyny eksponat, który mnie zainteresował, ale i tak warto było wejść. Bo za darmo!

Tego samego dnia (i znów za darmo!) udało mi się odwiedzić największe dzieło znamienitego architekta, (obok oklepanego Gaudíego) o godności Lluís Domènech i Montaner. El Hospital de la Santa Cruz y San Pablo – kompleks kilkunastu budynków służących jako szpital do 2009 roku. No tam było pięknie. I znów ciepło!

IMG-20170924-WA0006

A skoro ciepło to wschód słońca i poranna kąpiel w morzu.

20170922_085338

A skoro morze to wszędzie.

20170916_12450020170919_201116

A skoro morze to i góry. Doskonałość.

Trzeba by jeszcze powiedzieć o napotykanych ludziach, trzeba o muzyce, trzeba o ruchach narodowo-wyzwoleńczych. Czuję, że mogłabym opowiadać godzinami. (W rzeczywistości pozostaje mi kilkugodzinne pismotwórstwo).
Ale Nie ma co za dużo. Na dziś to tyle.

 

 

Słońce.

Hiszpański deszcz jest przeuroczy. Można go nawet przeoczyć. Nie ma siły, która by go zawiewała na tamtego czy owego podparasolnika. Ciepło i słońce. Choć w domach ciemność, inaczej nie dałoby się tutaj żyć w trakcie lata.

Myśli płyną innym nurtem, kiedy mam w ręku moją marchewkę, wykonując dziwaczne ruchy, które kiedyś ktoś wymyślił żeby wprowadzić piśmiennictwo. I tak myślę sobie: zarządzaj czasem, planuj życie, realizuj cele. Bullshit. Wszystko zależy od tego kogo spotkasz na swojej drodze.

Mam nowy dom! (Nie ten z obrazka, ale jest bardzo blisko!) Chilijska rodzina przyjęła mnie prawie jak córkę, maminkowość do sześcianu! Gadatliwość maminkowa do potęgi dwudziestej. Nasłucham się hiszpańskiego, dobrze. Może nawet czasem uda mi się coś powiedzieć.

Nigdy nie podejrzewałam, że będę jeść czerstwy chleb na śniadanie, aby zaoszczędzić czas, który wolę spędzić na plaży.