Daj Boże Zdrowie.

Nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła nazwać siebie blogerką. Jeśli miałabym mówić o sobie Raku to tylko przez duże R. Może na razie będę blogerką przez najmniejsze “b” jakie istnieje. Wolałabym pisać pięknym czarnym tuszem zamkniętym w malutkiej marchewce, którą dostałam przed wyjazdem od pięknej Krysi. Nikt nie mógłby jednak odczytać moich małych ślimaków.

Do rzeczy. W Barcelonie jak dotąd odkryłam jedynie dwie tanie usługi. Wino i kawę. Jedynym sposobem aby uniknąć spadku serotoniny jest ich ciągłe spożycie. Daj Boże Zdrowie! Postaram się już nie zapominać o jedzeniu. Daj Boże Zdrowie! Siny strach już minął, teraz będzie tylko ciepło. Nawet z Finem. Na szczęście Jan to nie jest zimny typ.

Jak szybko zmieniają się priorytety jeśli nie ma się gdzie mieszkać. Jedyną ucieczką jest świat hiszpańskiego rytmu. Miód dla uszu i serca. Tutaj nie ma biernych słuchaczy. Może dlatego wszyscy są tak pomocni. Dobrze jest zaczynać nową przygodę w sercu Katalonii!

 

Advertisements